Właśnie dzisiejszego wieczoru zamierzam  zdradzić Wam moją największą tajemnicę, a właściwie to kilka tajemnic jednocześnie. Opowiem Wam o moich największych trudnościach, wielkiej inspiracji i małych marzeniach. No to jedziemy zanim się rozmyślę.

1. DLACZEGO JESTEM „NIE DO ZDARCIA”?

Pomysł na nazwę mojego bloga przyszedł nagle i zupełnie niespodziewanie, a pomysłodawcą okazało się właśnie moje dziecko! Franek jest znany całej rodzinie ze swych nadludzkich pokładów energetycznych oraz nieskończonych możliwości testowania wytrzymałości ludzi, zwierząt i rzeczy martwych.

Mój syn to prawdziwy kamikadze! Wstaje o godzinie 6 rano i jest gotowy na podbój świata, który zakończy dopiero z nastaniem ciemnej nocy. Mnie co rano budzi radosnym krzykiem do ucha i skakaniem po małżeńskim łożu, z którego już dawno wykopał swojego ojca. To jest mały człowiek demolka i trudno go zmęczyć, chyba tylko nuda go męczy. Jak możecie się domyślać, ja nie zawsze podzielam jego entuzjazm do porannych pobudek, wymyślaniu kolejnych zabaw na świeżym powietrzu i skakania po moich wnętrznościach.

Z racji powyższego często mówimy na to moje żywe dziecko, że on jest „nie do zdarcia”. Jak on może tak krótko spać i cały dzień wariować? Skąd u niego taka silna wola i dążenie do celu za wszelką cenę? Skąd on bierze te pomysły? Jednym słowem każde pytanie kończy się podsumowaniem, że Franek to jest typ nie do zdarcia. Jako że jest moim dzieckiem, dosyć do mamy podobny, to ja też muszę być „nie do zdarcia”, skoro za nim nadążam.

2. DLACZEGO SIĘ NIGDY NIE PODDAJĘ?

Pamiętam pierwsze tygodnie sam na sam z moim dzieckiem, bo tego się nie da zapomnieć! Mój syn już na porodówce wiedział dokładnie czego chce i nie zawahał się użyć całej swojej mocy, aby zamierzone cele osiągnąć. W efekcie tych działań byłam jedyną matką w szpitalu, która spała z noworodkiem przyklejonym do szyi! Autentycznie moje dziecko darło się do skutku, aż pomogłam mu opuścić szpitalne łóżeczko i utulić w ramionach.

Po powrocie ze szpitala sytuacja nie uległa żadnej poprawie, a po przetestowaniu trzech kolejnych modeli sypialnianych dla Franka ostatecznie poddaliśmy się, a Franek na dobre rozgościł się nie tylko w naszym życiu, ale także w małżeńskim łóżku. Ten kto mnie zna osobiście wie jak silną i zdeterminowaną osobą jestem, ale moje dziecko pokonało mój upór i rozłożyło mnie na łopatki od pierwszych minut po urodzeniu. W sumie to sam dwudziestoczterogodzinny poród bez znieczulenia był wstępem rozkładania moich pokładów siły i cierpliwości na czynniki pierwsze!  Pamiętam te wszystkie zabiegi, bo najpierw był kosz Mojżesza – taki przytulny i malutki schowek na dziecko. Jednak odpadł w przedbiegach. Potem słodziutka kołyska dostawiana do łóżka rodziców, która w efekcie służyła nam jako składzik na pranie. Trzecią i ostateczną próbą złamania tego małego siłacza było samodzielne łóżeczko z mnóstwem interesujących niemowlaka gadżetów, i co? Franek nie przespał w nim ani jednej nocy!

Ten typ tak ma i dokładnie wie czego chce od życia! Nie wiecie nawet jak rozwojowe dla rodzica może być obserwowanie takiego dziecka. Ta mała istota  się nigdy nie podda, bo to jest człowiek „nie do zdarcia”.

3. PO CO MI TEN BLOG?

Mój syn to także typ marzyciela, a jego wyobraźnia pracuje na wysokich obrotach! To jak wyobrażałam sobie macierzyństwo w teorii nijak ma się do mojej obecnej rzeczywistości w roli matki. Zanim urodziłam Franka, to wiedziałam na temat wychowania dzieci niemal wszystko, a przynajmniej tak mi się wydawało.

W wykształcenia jestem psychologiem dziecięcym, więc przygotowanie teoretycznie odbyłam podczas pięcioletnich studiów magisterskich. Wiecie, taka Pani psycholog wie wszystko, haha! Pracowałam jako niania chłopca z ADHD i to wydawało mi się wielkim wyczynem. Mam też młodszą siostrę, którą często opiekowałam się jako nastolatka. Kto miał lepsze przygotowanie i w teorii i w praktyce niż ja? Wiedziałam wszytko i wiele razy oceniałam w myślach zachowania i reakcje innych matek, zanim przyszła kolej na mnie. Boże jaka ja byłam głupia! Teraz chylę czoła każdej mamie i łączę się w solidarności jajników.

Właśnie po to powstał ten blog! Po całym dniu na wysokich obrotach i w towarzystwie małego człowieka „nie do zdarcia” to jest mój czas! Franek odpływa do krainy snów, a ja zaczynam tworzyć swój wirtualny świat. Jest to świat na moich zasadach, pokazujący kobietom, że wszystko się da! Trzeba tylko bardzo chcieć i zacząć działać!

Czy podobnie jak ja uważacie, że dzieci to istoty nadludzkie, wysysające z rodzica życiową energię? Czy podobnie jak ja myślicie, że już nie dacie rady, a gdy dzień się kończy, to obserwujecie w ciszy śpiące dziecko i macie ochotę je schrupać w szale matczynej miłości? Czy tak jak ja czasem czujecie, że już nie macie siły, a jednocześnie to dziecko daje wam najwięcej siły do działania?