Z natury nie jestem osobą cierpliwą. Lubię działać i szybko widzieć efekty swoich działań. Często dopada mnie frustracja, bo w szybkości działania przeszkadza mi natłok codziennych obowiązków, które przytłaczają i rozkładają moje ambitne plany na czynniki pierwsze.

Od rana jest gorąco! Trzeba ogarnąć siebie, potem przyklejone do nogi dziecko. Szybki łyk kawy, kluczyki od samochodu, Franek pod pachę i wyruszamy na bojowy plac codzienności. Najpierw przedszkole, bo ktoś musi się zająć moim dzieckiem kiedy ja pracuję. Lubię swoją nową pracę, bo chociaż ilość zadań do odhaczenia jest duża, to w sumie tutaj najbardziej odpoczywam. Mogę skupić się tylko i wyłącznie na pracy. Jest cisza, jest komfort, jest działanie.

Po kolejnym odhaczonym dniu na etacie wracam, a właściwie biegnę do przedszkola po mojego syna. Do przedszkola wpadam zazwyczaj tuż przed zamknięciem. Zazwyczaj mój syn jest jednym z ostatnich, lub ostatnim odbieranym dzieckiem. Często zastanawiam się dlaczego? Jak to? Co robią inni rodzice? Czy nie muszą pracować? A może gdzieś tam, w innym i nie znanym mi świecie istnieje armia zawszę chętnych do opieki babć na emeryturze?

Nieważne, wpis ma być o cierpliwości, tak więc jedziemy dalej! Odbieram mojego zbuntowanego trzylatka z przedszkola i po raz kolejny moja cierpliwość będzie wystawiana na solidną ilość prób. Franek marudzi że jest mu gorąco, albo zimno – to zależy od pogody. Drzwi otwiera sam, pasy chce zapinać sam, bo już jest dużym chłopcem przecież! Kolejna próba sił. Potem boli go nóżka.  Za chwile słyszę, że zapomniał zabrać ulubionej zabawki z przedszkola, ale o tym przypomina sobie dopiero po przyjeździe do domu. Mała porcja ryku i wielkie łzy. Zaczynamy etap późnego popołudnia, kiedy to bawimy się w piaskownicy  i liczymy samoloty na błękitnym niebie. Kolejne prozaiczne obowiązki to wieczorne ogarnięcie porannego bałaganu, wspólna kolacja, kąpiel i w długie przytulania, zanim Franek odpłynie w głęboki sen.

Przy dobrych wiatrach mój synek zasypia już o godzinie 20:30, tak więc mam cały wieczór tylko dla siebie. Tylko że wtedy zazwyczaj padam na twarz i walczę z myślą czy nie położyć się obok mojego dziecka i zasnąć. Czasem tak właśnie robię. Zmywam makijaż, biorę szybki prysznic i idę spać. Ale walczę z tym, serio! Bo wiem że to jedyny czas, który mogę poświęcić na prowadzenie bloga, na naukę nowych rzeczy. A ja bym chciała teraz, już i najchętniej wszystko naraz!

Cierpliwość w zaczynaniu od nowa

W Polsce zaczynam kolejny raz  od zera, tak jak zaczynałam 11 lat temu z jedną walizką życie za granicą.  Teraz bogatsza o ilość inwentarza i zdobytych doświadczeń, ale jednak znowu od zera. Na nowo odnajduję się w polskiej codzienności, na nowo uczę się ludzi i na nowo buduję swoje życie. Na nowo szukałam pracy, a nie jest to takie proste, jak znalezienie zatrudnienia w Wielkiej Brytanii. Cierpliwości u mnie jak na lekarstwo, ale jakie mam wyjście? Chciałam wielkich zmian, a te zazwyczaj rodzą się w bólach.

Cierpliwość w relacjach

Kiedy mieszkałam za granicą, to moje relacje z rodziną i przyjaciółmi w Polsce ograniczały się do okazjonalnych spotkań w realu i częstych rozmów przez Skype. Relacje na odległość i uroczyste spotkania raz na rok nijak się mają do codziennego bycia razem. Zanim wyjechałam z Polski ja i moi znajomi byliśmy piękni, młodzi i wolni. Teraz, po dziesięciu latach większość z nas ma swoje rodziny, dzieci, pracę i codzienne obowiązki.

Ostatnio uśmiałyśmy się do łez, bo przy kolejnej lampce wina stwierdziłyśmy z przyjaciółkami, że po tym jak byliśmy „wolni, piękni i młodzi” pozostało tylko „i” oraz przecinek! Trudniej jest się spotkać, a jeśli się już udaje, to wymaga nie lada organizacji. Trzeba się na nowo docierać, zrozumieć i nauczyć siebie. To wymaga czasu i dużej dozy cierpliwości.

Cierpliwość w życiu zawodowym

Większość wracających z emigracji osób szuka pracy zgodnej z wykształceniem, czy ze zdobytym za granicą doświadczeniem. W moim przypadku jest zupełnie inaczej, bo chciałam nie tylko innego życia dla swojej rodziny, ale też zupełnie innej ścieżki zawodowej dla siebie. Jeszcze przed powrotem do Polski czułam się wypalona w pracy i w wykonywanym zawodzie. Miałam takie ciche marzenie, żeby zacząć robić coś zupełnie innego. Przeglądałam rożne opcje zatrudnienia i  wymarzone oferty pracy. Wiedziałam jakie kwalifikacje będą mi potrzebne i jakie studia podyplomowe będę musiała zacząć, żeby osiągnąć swoje cele.

Oczywiście wiele osób teraz może się pukać w czoło, bo jak można wracać do małej miejscowości i oczekiwać spektakularnej kariery, bez doświadczenia i kierunkowego wykształcenia? Tylko ja nadal tryskam optymizmem i wierzę, że się uda! Nie jest łatwo, ale da się! Wszystko się da, ale to wymaga czasu. Musiałam zacząć od samego dołu korporacyjnego, aby zdobyć potrzebne doświadczenie. Wkrótce rozpoczynam studia podyplomowe i dodatkowe kursy. I znowu wracamy do kwestii bycia cierpliwym, bo to wszystko wymaga czasu. Jednak dochodzę do wniosku, że cierpliwość i systematyczna praca to jedyna pewna droga do sukcesu.

Cierpliwość w spełnianiu marzeń

Ta cała frustracja, każdy problem i każde wyzwanie ma w sobie sens. Każda zmiana wzmacnia, jest lekcją pokory i  i cierpliwości. Czasem ciężko jest zobaczyć oczyma wyobraźni to, czego tak bardzo chcemy, gdy zaczynamy budować nowe życie. Czasem nasze oczekiwania w zderzeniu z rzeczywistością bywają bolesne i dostajemy mocnego kopniaka w tyłek. Ale w perspektywie czasu okazać się może, że tych właśnie bolesnych kopniaków po drodze najbardziej potrzebowaliśmy, alby osiągnąć upragnione cele. Tej właśnie lekcji pokory i znalezienia rezerwowych zapasów cierpliwości wymaga budowanie nowego życia na warunkach o jakich marzymy!

Na koniec zostawiam Was z moim ulubionym angielskim powiedzeniem, które idealnie wpisuje się w przekaż tego wpisu:

No pain. No gain!

Życzę cierpliwości we wprowadzaniu zmian do waszego życia i w przyjmowaniu życiowych kopniaków!